Wiadomości

Tusk i Hołownia pod rękę nie pójdą. Awantura już gotowa

Chociaż do terminowych wyborów parlamentarnych pozostały jeszcze dwa lata, po stronie opozycyjnej już trwa spór o to, w jakiej formule do nich pójść – pisze w najnowszym wydaniu „Polityki” Łukasz Pawłowski.

Tusk i Hołownia pod rękę nie pójdą. Awantura już gotowa

Podczas jednej z konferencji prasowych Donald Tusk zapowiedział: „W Polsce do wyborów jako opozycja pójdziemy zjednoczeni. Kto tego nie będzie akceptował i rozumiał, sam znajdzie się na marginesie polityki. To jeden z oczywistych testów na patriotyzm”. Kiedy słowa przewodniczącego PO zacytowano na Twitterze, Szymon Hołownia zareagował błyskawicznie i lapidarnie. Pod cytatem zamieścił zdjęcie dwóch bohaterów serialu „Star Trek” ukrywających twarz w dłoniach. Podwójny facepalm, czyli krótko mówiąc: tragedia, załamka, ręce opadają.

Nie pryncypia, tylko interes

Tego samego dnia w wywiadzie dla Polsat News tłumaczył, że zapowiedź Tuska odczytał „bardziej jako szantaż, jako groźbę niż zaproszenie do współpracy”. Następnie dodał, że „Tusk, proponując to zjednoczenie opozycji […] totalne zjednoczenie totalnej opozycji – jak by pewnie powiedział PiS – proponuje lekarstwo, które sześć razy zawiodło” i stwierdził, że zamiast ojca, patriarchy, mesjasza i kierownika chciałby widzieć w przewodniczącym PO partnera negocjacyjnego.

Hołownia ma oczywiście prawo odczytywać na słowa Tuska tak jak mu serce i rozum podpowiadają, ale twierdzenie, że zjednoczenie opozycji to propozycja, która zawiodła sześć razy, jest zwyczajnie nieprawdziwe.

Niemal wspólną listę – bo bez Wiosny Roberta Biedronia – udało się stworzyć raz, przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. To prawda, że ostatecznie Zjednoczona Prawica te wybory wygrała przewagą niemal siedmiu punktów procentowych. Ale gdyby uczciwie oceniać stan rzeczy, to trzeba powiedzieć, że właśnie zabrakło Wiosny, która zdobyła oddzielnie kilka procent, a opozycja raz przegrała wybory, startując niemal zjednoczona, podzielona zaś przegrała je kilkukrotnie. I piszę to jako ktoś, kto wielokrotnie przestrzegał przed jednoczeniem się partii opozycyjnych za wszelką cenę. Nie wiemy, czy zjednoczenie przyniosłoby lepszy skutek w, dajmy na to, wyborach parlamentarnych w 2019 r., ponieważ polityka to nie matematyka, a poparcia różnych partii po połączeniu nie muszą się dodawać. Jeśli jednak dla Hołowni miarą sensowności taktyki jest liczba przegranych, to rzecz ma się nieco inaczej, niż twierdzi.

Lepszą pamięć ma, jak się zdaje, Władysław Kosiniak-Kamysz, który przypomina, że opozycja na dobre połączyła się raz, właśnie przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ale wnioski wyciąga podobne do Hołowni. „Wielu wyborców, po doświadczeniu wyborów europejskich, kiedy jedna lista znacząco przegrała z PiS, przekonało się, że eksperyment dał inne efekty. Głupotą jest robić drugi raz ten eksperyment. Nas na głupotę nie stać” – mówił przewodniczący ludowców w rozmowie z Onetem.

Co ciekawe, jednak w tej samej rozmowie przekonywał, że opozycji potrzebne jest… połączenie sił. Tyle że nie wszystkich ze wszystkimi, lecz w ramach tego, co Kosiniak-Kamysz nazywa „blokiem centroprawicowym”. „Blok centroprawicowy musi powstać. Bez niego jesteśmy skazani na kolejny rząd PiS lub PiS i Konfederacji. […] Wierzę, że taki blok ma szansę osiągnąć 25 proc. poparcia, a przy dobrym prowadzeniu może powalczyć nawet o zwycięstwo”. Kto miałby się znaleźć w tej formacji? Lider PSL najchętniej współpracowałby z Szymonem Hołownią, choć nie wyklucza też dokooptowania Jarosława Gowina, który rzekomo „myśli podobnie”.

Oburzony apelami Tuska Hołownia również dopuszcza scenariusz jednoczenia się przed wyborami w większe całości. „Dziś uważam, że każdy powinien budować swój potencjał i przyciągać swoich wyborców”, twierdził w długiej rozmowie z Onetem. Ale po chwili dodawał, że „gdy przyjdzie czas, i gdy będzie trzeba, będzie wiadomo, że inaczej się nie da, gdy zobaczymy, czy PiS zmieni ordynację, czy nie – wtedy poukładać to w bloki”.

Krótko mówiąc, zarówno dla Kosiniaka-Kamysza, jak i Hołowni problemem jest nie tyle propozycja jednoczenia, ile fakt, że z propozycją wychodzi lider Platformy i to w formie, którą obaj panowie odczytują bardziej jako nakaz niż partnerską ofertę. Nawiasem mówiąc, tę samą Platformę krytykują też za brak zjednoczenia w czasie wyborów prezydenckich, kiedy to PO, zamiast wystawiać własnego kandydata, powinna była poprzeć właśnie Hołownię lub Kosiniaka-Kamysza, mimo że to Rafał Trzaskowski był wśród kandydatów opozycyjnych liderem sondaży. I znów, abstrahuję od słuszności tych postulatów, zwracam jedynie uwagę, że ten sam Hołownia, który twierdzi, że jednoczenie opozycji przyniosło rzekomo sześć porażek, tej samej opozycji zarzuca niechęć do jednoczenia, co również miało doprowadzić do klęski.

Nie oszukujmy się więc, że mowa tu o pryncypialnym sprzeciwie wobec takiej czy innej formy startu w wyborach. Każdy z liderów zorientowany jest przede wszystkim na interes własnego ugrupowania i to nim się kieruje, gdy opowiada nam, co jest strategią dobrą i rozsądną, a co powtarzaniem błędów z przeszłości. Rozważmy więc możliwe scenariusze.

Co się komu opłaca

Zacznijmy od Kosiniaka-Kamysza. Według zestawienia sondaży z ostatnich kilkunastu miesięcy publikowanych przez portal Politico, Koalicja Polska nie osiągnęła poziomu 5 proc. poparcia od końca 2020 r. Lider PSL jest więc w trudnej sytuacji i wydaje się, że bez połączenia sił z jakimś innym ugrupowaniem – w 2019 r., przypomnijmy, były to resztki grupy Pawła Kukiza – PSL znajdzie się pod progiem. Współpraca z obgryzionym do kości i praktycznie nieistniejącym w sondażach Porozumieniem Jarosława Gowina gwarancji na przekroczenie progu nie daje, a manewru z Kukizem powtórzyć się nie da. Kosiniak skazany jest więc na poszukiwanie innego wehikułu, na którym będzie mógł wjechać do przyszłego parlamentu. Jedyną opcją zostaje Polska 2050. Swój pomysł ubiera w wielkie słowa o potrzebie skonstruowania rozsądnego centrum, ale w rzeczywistości walczy o przetrwanie – tak partii, jak i swojego w niej przywództwa.

Pomysł Kosiniaka-Kamysza nie jest bowiem jedynym, jaki pojawia się wśród działaczy ludowców. Marek Sawicki z jednej strony uwielbia w mediach nazywać rządzącą koalicję „polską Zjednoczoną Prawicą”, najwyraźniej licząc, że tym – dość topornym – nawiązaniem do PZPR jakichś wyborców PiS do siebie przekona. Ale ten sam Sawicki regularnie sugeruje, że sam chciałby się w owej polskiej Zjednoczonej Prawicy znaleźć. Ledwie kilka tygodni temu stwierdził, że gdyby Jarosław Kaczyński pozbył się z koalicji Zbigniewa Ziobry i Solidarnej Polski, to on zrobi wszystko „aby namówić PSL do tego, by weszło w koalicję z PiS, naprawiać wymiar sprawiedliwości i przestać ośmieszać Polskę na arenie międzynarodowej”. Dopytywany o tę wypowiedź przez PAP powiedział, że „dobre rzeczy dla Polski można robić i z Platformą Obywatelską, i z Prawem i Sprawiedliwością”. Jeśli założymy, że Sawicki wypowiada się nie tylko w swoim, ale w imieniu części działaczy PSL, to widzimy, że bez jakiejś znaczącej zmiany w sondażach lub podłączenia się pod silniejszą Polskę 2050 Kosiniakowi-Kamyszowi będzie trudno utrzymać partię w ryzach.

Pytanie za milion dolarów

Dla Hołowni propozycje zgłaszane przez PSL są w pewnym sensie korzystne. Pokazują bowiem, że obie partie mogą stworzyć porozumienie, które obejdzie PO z prawej strony, podbierając zarówno część wyborców tej partii, jak i owych mitycznych umiarkowanych, rozczarowanych wyborców PiS, którzy na Tuska nigdy nie zagłosują, ale na sympatycznego, apolitycznego i praktycznego Hołownię już tak. Tworzenie bloku z ludowcami nie jest jednak dla Hołowni rozwiązaniem idealnym.

Pytanie za milion dolarów brzmi: czy wchodząc w układ z PSL Hołownia więcej straci czy zyska? Z jednej strony ludowcy mogą go kusić swoimi legendarnymi strukturami i imponującą liczbą ok. 100 tys. członków. Rozbudowane struktury – czego dowodzą wyniki ludowców w ostatnim czasie – nie przekładają się jednak na poparcie w wyborach. Trudno też sobie wyobrazić, jak Hołownia przekona swoich sympatyków, że połączenie z partią Kosiniaka-Kamysza to jest właśnie ta nowa jakość w polityce, którą zapowiadał.

Ponadto będą to pierwsze wybory parlamentarne, w których Polska 2050 ma szansę wystartować. W tej sytuacji rezygnacja z własnego szyldu na rzecz koalicji z ludowcami czy kimkolwiek innym może być trudna do zaakceptowania tak dla działaczy, jak i elektoratu.

Gdyby jednak do fuzji doszło, to idealnym rozwiązaniem dla obu ugrupowań byłoby wepchnięcie Platformy Obywatelskiej w objęcia Lewicy, do czego zresztą Kosiniak-Kamysz gorąco Tuska zachęca.

„Uważamy, że opozycja może wygrać wybory tylko i wyłącznie w dwóch blokach”, mówił na październikowym zjeździe partyjnym w Olsztynie. Tę opinię, uwzględniając polską ordynację, potwierdza wielu politologów. Jednak według lidera PSL te dwa bloki to właśnie „centroprawicowa” koalicja, do której trafi PSL, oraz centrolewica, do której ma się zapisać PO z Lewicą. To, co dobre dla lidera ludowców, nie jest jednak dobre dla Tuska. Pomijam już fakt, że na koalicję z PO z pewnością nie zgodziłaby się część obecnej sejmowej Lewicy – przede wszystkim z partii Razem – ale i lider Platformy musiałby, mówiąc delikatnie, stracić instynkt samozachowawczy, by się na takie rozwiązanie zgodzić. Czyli wiadomo, że takie dwa bloki nie powstaną.

Lewo skierować w prawo

Zatem jeśli PO nie chce (z wzajemnością) iść do wyborów z Lewicą, a PSL i Hołownia nie chcą iść z PO, to po stronie demokratycznej opozycji powstają nam co najmniej trzy bloki. A to – przy obecnych wskaźnikach poparcia – zbyt dużo, by liczyć na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. Bo nawet gdyby PiS nie zdobyło samodzielnej większości, może stworzyć koalicję z mającą poparcie podobne do Lewicy Konfederacją czy ekipą zebraną przez Marka Sawickiego, jeśli ten – po tym, jak dostanie się do Sejmu przy wsparciu Hołowni – stwierdzi, że „dobre rzeczy dla Polski” może robić także z PiS.

W takim układzie strategia przyjęta przez Tuska wydaje się racjonalna. Od początku swojego powrotu do polskiej polityki przewodniczący PO raz po raz deklaruje gotowość do współpracy z Polską 2050 i PSL, ale jednocześnie kwestionuje opozycyjne papiery Lewicy. W rozmowie z Tomaszem Lisem przedrukowanej w „Newsweeku” znów zapowiedział, że opozycja wygra kolejne wybory i że będzie to opozycja „zjednoczona”. Ale już pytany, czy częścią tej zwycięskiej ekipy będzie Lewica, odpowiadał, że „jest wystarczająco dużo powodów, aby zapytać bardzo wyraźnie […]: czy lewica Czarzastego jest lewicą obrotową, to znaczy taką, która będzie szukać politycznych fruktów?”. Jego zdaniem jeśli lewica „nie da wiarygodnych gwarancji, że jej misją polityczną jest zmiana obecnego stanu, nie dostanie głosów wyborcy lewicowego”.

Tłumacząc na polski, Tusk zapowiada, że te lewicowe głosy po prostu Czarzastemu odbierze. Jak? Być może poszerzając lewe skrzydło PO o transfery polityków Nowej Lewicy niezadowolonych z tego, gdzie znalazło się ich ugrupowanie, być może wychodząc z nowymi propozycjami programowymi, być może jeszcze bardziej podkreślając, że najważniejszym celem jest odsunięcie PiS od władzy. Warto też zwrócić uwagę, że Tusk nie mówi o lewicy jako takiej, lecz o „lewicy Czarzastego”, jednoznacznie sugerując, że to nie jedyna lewica, jaka może odpowiedzieć na potrzeby lewicowego wyborcy.

Była rzeczniczka SLD, posłanka Anna Maria Żukowska już w lipcu, niedługo po powrocie Tuska do polskiej polityki, mówiła w rozmowie z „Krytyką Polityczną”, że ten nie chce z Lewicą współpracować, tylko ją zniszczyć. Dlaczego? „Bo wie, że przepływy elektoratu między nami są bardzo duże, a on chce ten strumień przepływów skierować w jedną stronę – w stronę PO, by odbudować swoje poparcie, bo przecież sam nie wierzy, że odbuduje je, przekonując do siebie obecnych wyborców PiS”.

Nie potrafię powiedzieć, czy lider Platformy sądzi, że może Lewicę całkowicie „anihilować”, jak powiada w innym miejscu Żukowska, ale na przepływy elektoratu z pewnością liczy. Ataki wyprowadzane na lewą stronę dziwią publicystkę „Krytyki Politycznej” Katarzynę Przyborską, która wypowiedzi Tuska, podważające wiarygodność Lewicy jako siły opozycyjnej, skomentowała tak: „Serio?! Przecież Donald Tusk doskonale wie, że wyborcy lewicowi są najbardziej przeciwni rządom PiS i również najbardziej zdeterminowani, by przeciw nim protestować. Dlatego czasem głosują np. na Trzaskowskiego”.

Hamowanie Platformy

Otóż właśnie dlatego działania lidera PO są z jego punktu widzenia całkowicie racjonalne. Zwłaszcza gdy spojrzy się na nie w szerszej perspektywie całej opozycyjnej układanki. Jeśli zgodzimy się, że po stronie przeciwników PiS potrzebna jest jakaś forma konsolidacji; jeśli przeciwko połączeniu z PO protestują Polska 2050 i PSL próbujące zepchnąć Tuska na lewą stronę; jeśli zgodzimy się, że na stworzenie jednego bloku PO i Lewicy nie ma szans, bo żadna ze stron tego nie chce; jeśli wreszcie uznamy, że elektorat lewicowy jest w stanie zagłosować na inną partię, byle tylko odsunąć PiS od władzy, to trudno się dziwić, że Tusk robi to, co robi. Gdyby wyborców Lewicy faktycznie udało się mu przejąć, to opozycyjna przedwyborcza układanka zacznie wyglądać inaczej.

I niezależnie od tego, czy ostatecznie Hołownia wystartuje samodzielnie, wejdzie w porozumienie z PSL, czy też pod jednym dachem uda się zebrać wszystkie prawicowe, opozycyjne partie poza Konfederacją (co dziś wydaje się nieprawdopodobne), to i tak osłabienie „lewicy Czarzastego” sprawi, że sytuacja Platformy będzie znacznie lepsza, niż gdyby po lewej stronie trzeba jeszcze było uwzględnić jakieś silne ugrupowanie. Można się na takie działania nie godzić, można je krytykować, ale trudno je uznać za pozbawione sensu.

Problem w tym, że sam Tusk nie ma ostatnio najlepszej passy. W komentarzach zwraca się uwagę na fakt, że po kilku tygodniach szybkiego wzrostu poparcia PO osiągnęła w sondażach poziom z czasów Schetyny i wyhamowała, a nawet zaczęła spadać. Co prawda dystans między Platformą i PiS zdaje się maleć, ale to raczej wynik kolejnych kryzysów w obozie władzy, a nie entuzjazmu wobec głównej partii opozycyjnej. Nawet pomysły reklamowane przez samego Tuska – jak dotarcie do średnich i mniejszych miast zapowiedziane na spotkaniu w Płońsku – nie są aktywnie realizowane. Do tego dochodzi jeszcze zarzut niewystarczającej aktywności w mediach i wreszcie wpadka związana z zatrzymaniem prawa jazdy za przekroczenie prędkości, którą media rządowe, zresztą przy wsparciu lewicowych polityków, bezlitośnie eksploatują.

Z drugiej jednak strony w ostatnim sondażu zaufania do polityków (jednak jeszcze przed incydentem drogowym) lider PO znalazł się na piątym miejscu – 35,4 proc. „ufających” to o 4,2 punktów procentowych więcej niż miesiąc wcześniej i jego najlepszy wynik od dwóch lat. Część dziennikarzy przypomina także, że w PO właśnie odbyły się wewnętrzne wybory, Tusk dopiero teraz formalnie został przewodniczącym i nie zdążył jeszcze ułożyć sobie partii. Kiedy rząd Zjednoczonej Prawicy pogrąża się w kolejnych kryzysach – od pandemii, przez spory z UE i konflikty wewnętrzne, po inflację – być może były premier słusznie postanowił trzymać się z boku i wykorzystać czas do uporządkowania swojego podwórka. Oczywiście – jeśli to faktycznie element „strategicznej cierpliwości”, a nie dowód bezwładu największej partii opozycyjnej, której nawet Tuskowi nie udało się przełamać.

Łukasz Pawłowski, publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS”. Współautor „Podkastu amerykańskiego”. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Źródło: wp.pl

Powiązane artykuły

Back to top button
Close