Polska

Od 1. kwietnia 1/3 szpitali w Polsce może zostać zamknięta. Jak i czym zakażają szpitale

Sanitarne wymagania Ministerstwa Zdrowia nakładają na szpitale obowiązek posiadania wind, w których bez problemu będzie można przewozić szpitalne łóżka. Mówią o odpowiedniej wentylacji bloków operacyjnych oraz sal chorych, o zapewnieniu personelowi dostępu do łóżka pacjenta z trzech stron. To nie jest żadna nowość, o tych wymogach mówi się od kilku lat. Tym razem jednak ministerstwo wyznaczyło ostateczną datę zmian – do 1. kwietnia wszystkie szpitale powinny spełniać wyznaczone standardy. Dziś wiadomo, że 1/3 szpitali nie sprosta stawianym im wymaganiom. Czy zostaną zamknięte? Czy faktycznie przebudowa i proponowane zmiany wpłyną na większe bezpieczeństwo pacjentów, zwłaszcza jeśli chodzi o zakażenia wewnątrzszpitalne?

  • Największe zagrożenie zakażeniem wewnątrzszpitalnym występuje tam, gdzie jest najmniejsza liczba pielęgniarek
  • „Gdybym dostała dokumenty od prawnika, w których pacjent po pół roku od wypisu oskarża szpital, że podczas pobytu został zarażony gronkowcem, ja, na podstawie tygodniowej karty jego pobytu, podałabym niezliczoną ilość sytuacji, w których mogło dojść do zakażenia” – mówi pielęgniarka z ponad 20-letnim stażem
  • Nie ma kampanii społecznej, która mówiłaby o badaniu w kierunku obecności wirusów czy bakterii; do szpitali trafiają pacjenci nie mający świadomości, że są nosicielami na przykład gronkowca złocistego czy wirusowego zapalenia wątroby

Rozmawiamy z pielęgniarką anestezjologiczną z długoletnim stażem, która o funkcjonowaniu szpitala, a zwłaszcza jego newralgicznych oddziałów – takich jak intensywna terapia, blok operacyjny, sala budzeń, wie wszystko i zna je od podszewki. – Możemy mieć nowoczesne budynki szpitalne spełniające wszelkie normy sanitarne, ale i tak źródłem zakażeń wewnątrzszpitalnych będzie po pierwsze zbyt mała ilość personelu, po drugie brak świadomości ryzyka zakażeń zarówno ze strony personelu, jak i pacjentów i ich rodzin.

Jedna pielęgniarka na 20 pacjentów

– Proszę mi powiedzieć jak na zwykłym oddziale, gdzie jedna pielęgniarka zajmuje się dziesięcioma, a nierzadko nawet dwudziestoma pacjentami, o których nie wiadomo, jaki patogen w sobie hodują, ma nie dojść do zakażenia? Jak ona po każdym pacjencie ma dezynfekować ręce, zmieniać jednorazowy fartuch? Przecież zajęłoby jej to 1/3 dyżuru, a gdzie czas na obowiązki? Podobnie, gdy na intensywnej terapii na trzech pacjentów jest jedna pielęgniarka – nadal są oddziały, na których tak się dzieje. W takim przypadku naprawdę nietrudno o zakażenia krzyżowe, nawet jeśli pielęgniarka zachowa wszelkie środki ostrożności, bakterie od pacjenta nie uciekną. Od lat wiadomo, że największe zagrożenie zakażeniem występuje tam, gdzie jest najmniejsza liczba pielęgniarek.

Pacjenci, którzy przychodzą na intensywną terapię z chirurgii, kardiologii, neurochirurgii, interny, chirurgii naczyniowej, bo ich stan się nagle pogorszył, dopiero na OIOM-ie mają robioną tak zwaną wejściówkę. Od pacjenta pobierany jest posiew między innymi z gardła, nosa, czy rurki intubacyjnej, by ustalić, czy nie jest on nosicielem jakiegoś wirusa.

– Okazuje się, że 90% pacjentów, którzy trafiają do nas z innych oddziałów, jest już zakażonych, ale tam nikt im nie zrobił posiewu przy przyjęciu. Robi się posiewy śródoperacyjne, z ran, z nosa, ale takich profilaktycznych już nie – tłumaczy pielęgniarka. – Proszę zauważyć, że kiedy trafiamy do lekarza rodzinnego nikt nam nie zleca badań na obecność wirusa czy bakterii, w związku z tym trudno stwierdzić, ilu ludzi w Polsce jest nosicielami choćby gronkowca złocistego czy wirusowego zapalenia wątroby typu B. A przecież nim zdecydujemy się na przykład na zabieg cierpiąc na przewlekłe zapalenie zatok, powinno się ustalić, czy nie mamy w sobie wirusa lub bakterii, które w trakcie czyszczenia i przebicia zatok (a to się zdarza) trafią do głowy przez co dojdzie do potężnego zakażenia, o które później najczęściej oskarża się szpital.

Wirusy i bakterie na ubraniach i butach

Dlaczego tyle się mówi o zakażeniach wewnątrzszpitalnych? Bo wbrew pozorom wcale nie jest o nie trudno, zwłaszcza, gdy personel nie ma do końca świadomości ryzyka. – Jestem wyczulona na odbieranie telefonu w rękawiczkach – mówi nasza rozmówczyni. – Przecież, gdy jedna pielęgniarka złapie słuchawkę w rękawiczkach, a druga gołą, choć zdezynfekowaną, dłonią, nie wiadomo, co przeniesie dalej. Nie pozwalam też wchodzić do socjalnych pomieszczeń w rękawiczkach, w których jeszcze chwilę temu stano przy pacjentach. Nauczyło mnie tego doświadczenie. 20 lat temu na jednym z oddziałów, na którym pracowałam, cały personel złapał gronkowca i to na tylnej części ud. Było lato, bardzo gorąco, wtedy jeszcze bez klimatyzacji, więc chodziliśmy w krótkich spodenkach, bo inaczej nie dało się wytrzymać. Okazało się, że któryś z pracowników szpitala siadał na krzesłach w rękawiczkach i tak poprzenosił bakterię gronkowca. Cierpieliśmy wszyscy z powodu braku jego świadomości.

Zakażenia to jednak nie tylko dłonie i ich dezynfekcja. Problemem są także ubrania. Personelowi szpitala raz na dwa lata należy się komplet ubrań, ale każdego dnia, żeby nie przenosić wirusów i bakterii, powinni przychodzić w czystym komplecie. Tak robi personel z intensywnej terapii, bloków operacyjnych, sal budzeń. – Sama mam siedem fartuchów, żeby mieć czysty na każdy dzień. Wiele z moich koleżanek używa też jednorazowych ubrań szpitalnych, co jest bardzo wygodne. Ale czy panie, które przywożą nam pacjentów z innych oddziałów każdego dnia mają czysty fartuch? Czy na przykład pani w zabiegowym albo lekarz w poradni przyjmujący dziesiątki, jeśli nie setki pacjentów dziennie każdego dnia przychodzą w nowym, wypranym fartuchu? Szczerze wątpię.

Zakażenia były, są i będą, bo jak ci, którzy dostają komplet ubrań raz na dwa lata, mają nie przenosić wirusów? Mogą zakładać rękawiczki, dezynfekować ręce, ale co zostaje na ich ubraniu? Mówimy o przebudowach, a i tak wszystko rozchodzi się o oszczędności – podkreśla pielęgniarka dodając:

– Inny przykład – buty. Proszę zwrócić uwagę, jak będzie pani w szpitalu, na buty, jakie nosi personel. Tylko blok operacyjny ma takie same – łatwe do mycia i dezynfekcji. Reszta chodzi w tych, które dostała od szpitala (niewygodnych) lub które sama sobie kupiła – od koloru do wyboru, najczęściej są to buty, które trudno zdezynfekować. I teraz – jeśli pielęgniarka zajmuje się pacjentem w izolatce, dezynfekuje ręce, ma rękawiczki, jednorazowy ubiór, jest jednorazowa pościel, słowem spełnia wszystkie normy sanitarne minimalizujące ryzyko zakażenia, ale w butach, które ma w izolatce, idzie do toalety? A co, gdy na podłogę upadnie zakrwawiony wacik, a ona na niego depnie i na butach przeniesie jakiś syf? Czy naprawdę tak trudno byłoby dać pracownikom 10 par dobrych butów i więcej kompletów ubrań? To są rzeczy, o których rzadko się myśli.

Podobnie jak o samej dezynfekcji rąk. Kiedy znajdujemy się w szpitalu powinniśmy zwracać uwagę, czy przed wejściem na każdy oddział znajdują się pojemniki do dezynfekcji i czy personel i goście szpitala z niego korzystają. – W higienie rąk nie chodzi o to, żeby je za każdym razem myć chirurgicznie przez trzy minuty, bo na większość tego, co mamy na rękach, działają środki do dezynfekcji. Trzeba tylko pamiętać, żeby je dezynfekować.

Tymczasem kiedyś od członka rodziny pacjenta usłyszałam: „Z gównem się nie biłem”, gdy zwróciłam mu uwagę, że nie skorzystał z pojemnika do dezynfekcji. Brak świadomości jest po stronie i personelu, rodzin pacjentów i ich gości. Mamy na przykład na sali budzeń dzieci po wycięciu migdałków, zapraszam tam rodziców, proszę w szatni o założenie jednorazowego fartucha, ochraniacza na buty i czepka na włosy, a mama potrafi mi powiedzieć: „Nie założę, bo nie chcę psuć sobie fryzury”. Nie ma kompletnie pojęcia, na jakie ryzyko naraża siebie i swoje dziecko, ale ja to wiem i nie wpuszczam jej na salę.

Jak jeszcze przenoszone mogą być wirusy czy bakterie? Co z sytuacją, kiedy pielęgniarka mierzy ciśnienie czterem pacjentom z sali tym samym aparatem? Nie dezynfekuje mankietu i słuchawki specjalnymi chusteczkami… Czy to brak świadomości, czy narzędzi, bo dysponuje ona jednym aparatem na pół oddziału i nie ma nawet kilku minut, żeby go wysuszyć po dezynfekcji?

– Szczerze, gdybym dostała dokumenty od prawnika, w których pacjent po pół roku od wypisu oskarża szpital, że podczas pobytu został zarażony gronkowcem, ja, na podstawie tygodniowej karty jego pobytu, podałabym niezliczoną ilość sytuacji, w których mogło dojść do zakażenia. I proszę mi uwierzyć, nie mają tu znaczenia szersze windy, łatwiejszy dostęp do łóżka pacjenta. Rzecz rozbija się o ilość personelu, który musi mieć czas, by zadbać o zmniejszenie ryzyka zakażenia, o świadomość, jak można przenieść bakterie i wirusy oraz o środki, narzędzia, którymi personel może dysponować.

Pacjenci z gruźlicą

Nasza rozmówczyni podkreśla, że w szpitalach, w których pracowała, także tych powiatowych zrobiono wszystko – remontowano, przebudowywano – by zminimalizować ryzyko zakażenia. – Mogę śmiało powiedzieć, że bloki operacyjne, na których miałam okazję pracować, spełniają europejskie standardy, nierzadko wyposażone są w przepływy laminarne, dzięki którym w ciągu minuty 40 razy przez specjalne filtry wymienia się powietrze w pomieszczeniu. Dzisiaj stosuje się ośrodki sporobójcze, które w ciągu kilku minut zabijają bakterie,większość wirusów i grzybów. Potrafią nawet z blatu, stołu czy kabla unieszkodliwić HPV albo wirusy wątroby. Szpitale w dużym stopniu dbają także o to, by nie myć już podłogi ścierkami, mopami. – W szpitalu, w którym obecnie pracuję, mamy jednorazowe mopy, z tych wielorazowego użytku po powrocie z pralni pobraliśmy posiew… Po wynikach nie było trudno przekonać dyrekcję do jednorazówek.

Pielęgniarka wskazuje na jeszcze jeden problem. – Wiadomo, że mamy pewną liczbę pacjentów, którzy są zakażeni przy wjeździe na nasz oddział czy do samego szpitala. W ostatnim jednak czasie dość często zaczęła się pojawiać gruźlica czynna, czyli prątkująca. To jest temat tabu, o tym się nie mówi. Problem jednak nie dotyczy osób z nizin społecznych, tylko zazwyczaj ludzi po 40-tce, czynnych zawodowo, którzy nie chodzą na zwolnienia, mają obniżoną odporność. Oni nie dość, że szczepieni byli dawno temu, to jeszcze badań w kierunku gruźlicy nikt z nich nie robi. Tymczasem warto byłoby raz na pięć lat sprawdzić poziom wirusa w organizmie, zwłaszcza jeśli chodzi o wirusowe zapalenie wątroby typu B, czy na gruźlicę właśnie. Nie ma jednak żadnej kampanii społecznej, która by o tym mówiła, która zwracałaby uwagę na ten problem. Mówi się, że ze szpitala wychodzimy z wirusem lub bakterią, ale nikt nie tłumaczy, skąd zakażenie się wzięło.

Źródło: onet.pl

Powiązane artykuły

Close
Close
TIME: 3.0254 second