Polska

Życie w klasztorze wcale nie jest nudne. Opowieści s. Małgorzaty Borkowskiej OSB

Wielu osobom może się wydawać, że życie w klasztorach jest monotonne i nudne… Przeczą temu opowieści s. Małgorzaty Borkowskiej OSB. Benedyktynka w swoich publikacjach przytacza liczne zabawne anegdoty ze swojego zakonnego życia.

Życie w klasztorze wcale nie jest nudne. Opowieści s. Małgorzaty Borkowskiej OSB

Siostra Małgorzata Borkowska OSB

  • „Bardzo cię tu męczą w tym nowicjacie? To zależy, Babciu, czy jest prąd, czy nie ma. Bo u nas maszynka do męczenia nowicjuszek jest na prąd…”
  • Czasami młode nowicjuszki bardzo chcą wykazać się przed przełożonymi wzorową postawą. Taka „zakonność” może jednak prowadzić do wielu zabawnych sytuacji, które opisuje s. Małgorzata
  • Pewnego razu siostrę Borkowską pomylono… z mężczyzną
  • Niezwykłe i zabawne sytuacje, które zdarzają się w życiu zakonnym dają do myślenia i wskazują na wielkie poczucie humoru pana Boga i wysłanych przez niego Aniołów Stróżów

Urodziłam się już podczas wojny, w listopadzie 1939 roku. Moim ojcem chrzestnym miał być mój stryjek Janek, ale był na wojnie, więc czekano. Po przeszło rocznym czekaniu, ponieważ nie wracał, postanowiono, że zastąpi go w tej roli mój dziadek, a jego ojciec. Było to w styczniu 1941 roku, miałam 14 miesięcy i sporo już mówiłam. Zabrano mnie od Mamy (w tamtych czasach matki nigdy nie chodziły na chrzest dziecka), i to mi się bardzo nie podobało.

No więc tu już obrzęd się zaczyna, ksiądz pyta: – Anna Sophia, abrenuntias satanae? (czy wyrzekasz się ducha złego) – a tu ja drę się: – Nie, nie, chcę do Mamy! Moja Mama zawsze potem mówiła, że widać po mnie, że się nie wyrzekłam ducha złego…

Jeszcze kiedy byłam dzieckiem, mój Ojciec wydał pierwszą swoją książkę, dotyczącą konstrukcji i obsługi automatów tokarskich. Powiedziano mi, że tatuś wydał książkę. Ogromnie się zdziwiłam, bo dla mnie „książka” to była powieść albo tom bajek, a wiedziałam przecież, że tatuś nie jest pisarzem, tylko po prostu inżynierem. Swoje zdziwienie wyraziłam w najgłupszy możliwy sposób. Powiedziałam: – A ja myślałam, że tylko mądrzy ludzie piszą książki! – Ojciec ryknął śmiechem, zapamiętał to dobrze i zacytował mi z całą satysfakcją trzydzieści lat później, kiedy wyszła pierwsza moja książka.

Z naszego nowicjatu

Kiedy wstąpiłam do klasztoru, najtrudniej było z tym faktem pogodzić się mojej cioci Józefinie, siostrze przyrodniej mojej Mamy (czyli tak zwanej u nas Babci Jóce). Babcia Jóka była sentymentalnego, dziewiętnastowiecznego chowu i dwóch rzeczy w życiu bała się najbardziej: chorych umysłowo i zakonnic. Miała też spory zasób powieściopisarskich fantazji na temat życia klasztornego.

Odwiedziła mnie, kiedy byłam jeszcze postulantką, zajrzała mi głęboko w oczy i pyta: – Anka, powiedz prawdę: bardzo cię tu męczą w tym nowicjacie? Nie było sensu tłumaczyć cokolwiek, więc powiadam: – To zależy, Babciu, czy jest prąd, czy nie ma. Bo u nas maszynka do męczenia nowicjuszek jest na prąd. Babcia tylko ręką trzepnęła i dała spokój dalszemu sprawdzaniu swoich wiadomości.

Jeszcze przed wprowadzeniem mnie do klauzury, mieszkając w pokoju gościnnym, zobaczyłam przez okno jedyną podówczas w klasztorze nowicjuszkę, jak idzie przez podwórze, niosąc snopek słomy. Pomyślałam sobie z wielkim podziwem i przejęciem: Ojej, jaka ona już mądra! Już wie, skąd się bierze słomę i gdzie się ją niesie!

Kiedy byłam w nowicjacie, z początku było nas trzy: Słoń, ja i Lew (jeszcze wtedy nie Lew, tylko Wołek: Lwem została dopiero po obłóczynach, ale to tu nieważne). Wielce gorliwe wszystkie trzy! Kiedyś byłyśmy we dwie ze Lwem zajęte tak, że ja robiłam części swetrów na maszynie dziewiarskiej, a ona te części zszywała. No i wszyła rękaw do kołnierza. Jak to stwierdziłyśmy, zaczęłyśmy się tak śmiać, że aż Matka Ksieni Edyta przyszła ze swojej celi, zobaczyć, co się w nowicjacie dzieje. Obejrzała ten rękaw, pokiwała głową i wróciła do siebie. My wyśmiałyśmy się do końca, ale potem spoważniałyśmy i powiadamy:

– Właściwie to Matka przecież przyszła dlatego, żeśmy zawiniły! Złamałyśmy milczenie! Powinna była dać nam jakąś pokutę albo co… Ponieważ byłam o prawie cały rok dłużej w klasztorze, więc powiadam: – Wiem, co powinnyśmy zrobić, ale czy masz siłę do tego? Ona spojrzała tak mężnie, jakby już i na arenę była gotowa i kiwnęła głową, więc ciągnę: – Pójdziemy teraz zaraz do Matki, uklękniemy i przeprosimy!

Blade z przejęcia i na drżących nogach poszłyśmy. Zapukałyśmy. Matka już o nas zdążyła zapomnieć, więc się trochę zdziwiła na nasz widok, ale wysłuchała naszej skruchy; coś jakby lekki uśmiech błąkało się jej po wargach, ale przyjęła nasze przeprosiny bardzo poważnie, upomniała nas i odesłała. Wychodząc byłyśmy tak przejęte własnym bohaterstwem i zakonnością, że Lew (jeszcze wtedy nie Lew) z wrażenia zamiast w drzwi, wszedł w skrzynkę do listów, która spadła z trzaskiem i znowu miałyśmy za co przepraszać…

Był wtedy taki zwyczaj, że różaniec mówiło się nie stronami, jak obecnie, ale każdą dziesiątkę prowadziła któraś siostra, po kolei, włącznie z nowicjuszkami. Kiedyś przyszła kolej na mnie. Dojechałam do Bądź wola Twoja jak… i stanęłam. Zapomniałam, jak co. Widziałam dwie możliwości do wyboru: Jak było na początku, teraz i zawsze – albo jako i my odpuszczamy. Była dłuższa chwila ciszy, bo nie umiałam wybrać. Wreszcie Lew, krztusząc się ze śmiechu, podpowiedział mi tekst właściwy.

Podróże

Któregoś dnia pod koniec mojego okresu ślubów czasowych Matka Edyta spotkała mnie na korytarzu zamiatającą i powiada: – Wiesz co, Misiu, zabierz ty się lepiej do jakiegoś pisania, bo sprzątać to ty się nigdy nie nauczysz.

No i tak zaczęła się moja praca historyczna, a z nią – podróże po archiwach; i oczywiście przygody w podróżach.

Posłano mnie też do Lublina na kurs dla archiwistek zakonnych, a prowadził ten kurs ksiądz profesor z Włocławka, numer jeden kościelnej archiwistyki w tamtych latach. Jakoś upatrzył mnie sobie i zaczął namawiać, żebym u niego robiła doktorat: z archiwistyki. Wymówiłam się, bo raz, że doktorat nie był mi do niczego potrzebny, a dwa, że bardziej mnie interesuje treść akt niż ich katalogowanie i przechowywanie.

Otóż ksiądz profesor w ogóle nie lubił kwerendzistów (potrafił i profesorów uniwersytetu odprawić z kwitkiem), a ponieważ mu się naraziłam odmową, wiedziałam, że nie mam czego szukać w archiwum diecezjalnym we Włocławku. Niestety jednak kilka lat później znalazła się pilna potrzeba, mianowicie bardzo ważne wizytacje żarnowieckie z końca XVI wieku, tam właśnie przechowywane… Zaczęłam się zastanawiać, co robić. I przypomniałam sobie, że przecież na tym kursie spotkałam siostrę z włocławskiego zgromadzenia Sióstr Wspólnej Pracy, która jest zatrudniona w tym archiwum, więc może ona pomoże? Tylko jak się nazywa?

Przypominałam sobie długo, aż wreszcie byłam już pewna: (powiedzmy) Dorota. No więc pojechałam. Ledwo wyszłam z dworca, widzę na ulicy jedną z tych sióstr, więc pytam: Jak się do sióstr idzie? – Proszę ze mną, właśnie tam idę; a siostra do kogo? – Ja do s. Doroty. – Aa, proszę, proszę! – Przychodzimy, czekam chwilę w rozmównicy i zjawia się zakonnica… której chyba w życiu na oczy nie widziałam, no ale przy mojej fatalnej pamięci wzrokowej nie mogę przecież być pewna. Więc tłumaczę jej, że znamy się z Lublina… – Nigdy w życiu tam nie byłam – ona na to. – No ale kurs archiwistek… – Nigdy nie byłam archiwistką. O co siostrze chodzi? – Więc tłumaczę, że mam interes do tutejszego archiwum kurialnego. – A, to co innego – ona na to – zaraz przyślę siostrę archiwistkę. – I przysłała. Bo, jak się okazało, archiwistka nazywała się całkiem inaczej, a s. Dorota była matką generalną zgromadzenia.

Zawsze uważam tę historię za jeden z dowodów, jakie poczucie humoru ma mój anioł stróż. Najwyraźniej delektuje się wpuszczaniem mnie w sytuacje, w których najpierw ja, działając na własną rękę, wygłupiam się niesamowicie, a kiedy już jestem zupełnie bezradna, on znajduje wspaniałe wyjście. No bo kto inny mógł zadbać, żebym usiłując sobie przypomnieć, jak się ta archiwistka nazywała, i przypominając sobie błędnie, trafiła na imię nie ogrodniczki, nie kucharki, nie katechetki, tylko właśnie matki generalnej? W dodatku, w każdym innym wypadku ta prawdziwa archiwistka prawdopodobnie powiedziałaby mi, że księdza profesora nie ma (bo go nie było akurat) i że ona pod jego nieobecność nie może… Ale ponieważ wezwała ją matka generalna i powiedziała, że ma gościa obsłużyć, poszłyśmy do archiwum w najlepszej komitywie i dostałam wszystko, czego chciałam.

Pojechałam kiedyś do Krakowa i poszłam do dominikanek na Gródku, prosić o wgląd w ich archiwum. Okazało się, że nie jest skatalogowane, więc zaproponowałam, że je skataloguję w zamian za możność zrobienia notatek. Siostry zadzwoniły do prowincjała i z jego pozwoleniem wpuściły mnie do środka. Więc siedziałam w archiwum, pracowałam pilnie, a po południu postanowiłam pójść razem z nimi na nieszpory. Chór mają w kościele na emporze, a na balustradzie jest drewniana krata mniej więcej metrowej wysokości. Weszłam, uklękłam, i żeby się łatwiej podnieść, oparłam się tylko dwoma palcami o te kratę… i krata mi na łeb poleciała. Z tyłu pędzi jakaś nowicjuszka z wyciągniętymi rękami, ratować, nie wiem, kratę czy mój łeb; a za mną stoi przeorysza i tak się śmieje, że się ruszyć nie może. Bo tuż przedtem zdążyłam jej opowiedzieć, jak to w klasztorze przemyskim rozwaliłam tapczan, a w Staniątkach pulpit mszalny.

Były jednak poza archiwalnymi także i inne podróże, na przykład w latach siedemdziesiątych bywałam w jednej osobie przewodniczką, tłumaczem i biurem podróży podczas wizyt ojca Jana Leclercq w Polsce. Kiedyś pojechaliśmy do Drohiczyna. Była niedziela i poszliśmy na miasto zwiedzać kościoły, których tam jest kilka; zajrzeliśmy do katedry i nawet do cerkwi. Ojciec zadawał różne pytania. Wreszcie wracamy do klasztoru, a jednocześnie wraca z katechizacji s. Beata i śmieje się tak, że się ledwo na nogach trzyma. Okazuje się, że zaczepił ją kierownik poczty, bardzo zaniepokojony: – Siostro, jacyś dziwni ludzie chodzą po Drohiczynie! Jeden to stary ksiądz, a drugi to potężny mężczyzna przebrany za zakonnicę! Rozmawiają w jakimś obcym języku… Czego oni tu mogą chcieć? – S. Beata wpadła na niego: – Jak to mężczyzna? Czy pan nie widział twarzy? Przecież to jest nasza siostra zakonna! – No rzeczywiście, twarz nie była męska… ale czy zakonnica może być taka duża?

W roku 1980 był wielki jubileusz benedyktyński i jedną z imprez był zjazd patrologiczny we Wrocławiu, na którym miałam referat. Miasta zupełnie nie znałam, a pociąg nie chciał się spóźnić i wyrzucił mnie o czwartej rano na dworzec pełen pijaków. Wobec tego wzięłam taksówkę i pojechałam prosto do seminarium. Ciemno (był koniec września), pusto, skwer na tyłach katedry, taksówka dawno odjechała, ja dzwonię, dzwonię i nic. Później się okazało, że na furcie posadzono dwóch kleryków, którzy mieli specjalnie czekać na nocnych gości, ale zasnęli. Co robić? Usiąść na ławce, to zasnę, zmarznę i zaziębię się. Można by się zająć brewiarzem… ale ciemno. Tylko jedna latarnia pali się na rogu. Więc poszłam tam, stanęłam pod tą latarnią i odmawiałam brewiarz…

Kiedyś jednak zdarzyło mi się specjalnie szukać cichego i ciemnego miejsca. Pracowałam wtedy w Tyńcu nad naszym polskim brewiarzem i któregoś dnia zauważyłam, że jedna gałka oczna wyraźnie mi wystaje. Ponieważ to się utrzymywało przez tydzień, poszłam wreszcie do okulisty, to znaczy pojechałam do Krakowa do spółdzielni lekarskiej w rynku. Dojeżdżając do miasta pomyślałam nagle: A co, jeżeli to guz na mózgu tak wypycha tę gałkę? Drogę do rynku przeszłam już na miękkich nogach, a tu w spółdzielni kolejka z piętra na sam dół, i w rejestracji mówią mi: „Siostro, nie ma mowy, żeby się siostra dzisiaj dostała. W ostateczności może koło południa jakieś okienko się otworzy, ale teraz to nie ma co i rejestrować. Proszę przyjść w południe.”

A ja tu chcę wiedzieć, czy już mam zamawiać trumnę, czy jeszcze poczekać… Więc powiadam sobie: Głupi niedźwiedziu, weź się w garść! Ale sprawy zaszły już za daleko, żebym mogła wziąć się w garść bez wylania zebranych już łez. Gdzie w Krakowie na rynku może się wypłakać zakonnica, nie robiąc sensacji? Przecież nie w kościele Mariackim, pełnym wycieczek. Wpadłam na genialny pomysł: niedaleko jest kaplica urszulanek, o tej porze cicha, ciemna i pusta, ludzie z ulicy tam przecież nie wchodzą, a siostry są w pracy. Pędzę więc na Starowiślną. Pytam furtianki: Czy można do kaplicy? Ona wyskakuje, nie wiadomo czemu, ze swojej szklanej budki, i usiłuje mnie z całym szacunkiem zaprowadzić. Mówię, że znam drogę, i idę korytarzem w lewo, ale ona ciągnie mnie w prawo, do klauzury sióstr, do ich wewnętrznego chóru. I coś w dodatku strasznie trzeszczy, jakby głośnik; jeszcze łaska boska, że nie spytałam, co to za wrzask, tylko: „Co tak krzyczy?” Furtianka z oburzeniem: „To nie krzyczy, to ksiądz biskup ma kazanie!”

Okazało się, że były akurat imieniny biskupa sufragana Albina Małysiaka, który w diecezji był odpowiedzialny za życie zakonne. I wszystkie przełożone wszystkich domów zakonnych z całej diecezji zjechały się na imieninową Mszę św. … Kaplica oświetlona a giorno, napchana mateczkami aż ciasno, ale ponieważ zakonnica to takie stworzenie, które zawsze siada z tyłu, więc furtianka wiedziała, że kilka ostatnich wolnych miejsc siedzących jest jeszcze w pierwszym rzędzie chóru i dlatego tam mnie ciągnęła. No więc siedzę tuż niemal pod ołtarzem, ale twarzą zwrócona do nawy, a ponieważ łez już nie mogłam powstrzymać, płaczę i płaczę na widoku wszystkich. A mój anioł stróż pęka ze śmiechu. Ciche, puste i ciemne miejsce!

Ale właśnie dlatego, że wszystkie przełożone z diecezji tam były, była także tuż za mną moja serdeczna przyjaciółka, matka Paula Kępińska, urszulanka, wtedy przełożona w Wieliczce. Po Mszy przywitała mnie serdecznie, ale oczywiście pytała także o powód moich łez, więc opowiadam. A matka Paula, długoletnia nauczycielka, miała we wszystkich możliwych zawodach swoje byłe uczennice, z którymi nadal utrzymywała kontakty. Z równą łatwością mogła w każdej chwili wyciągnąć z kieszeni dziennikarkę, lekarkę, księgową i co kto jeszcze chce. Zaraz złapała za telefon i zadzwoniła do swojej byłej uczennicy, okulistki w przychodni kolejowej. Haniu, czy Basiu, czy Wandziu, mam tu siostrę, której trzeba zbadać oczy, czy mogłabyś ją przyjąć? W pół godziny byłam w gabinecie, zostałam zbadana jak najstaranniej i okazało się, że nic mi nie jest, tylko z przemęczenia ścisnął się trochę jakiś mięsień. Aniele stróżu, chapeau bas!

źródło: onet.pl

Powiązane artykuły

Back to top button
Close